Byłem członkiem „Solidarności”.

 

         Jesienią roku pamiętnego dorabiałem do emerytury wojskowej w niewielkim przedsiębiorstwie jako fachowiec od spraw tajnych oraz socjalnych. Raptem zaskoczyła mnie Główna Księgowa z nietypową prośbą – jako Przewodnicząca „Solidarności” w firmie chciałaby mieć 100% zorganizowania. Była tak śliczna i zgrabna, że nie mogłem jej odmówić i cyrograf podpisałem. Następnego dnia od rana moje miłe koleżanki nie przejmując się w ogóle moją obecnością plotkowały na mój temat:

Kapitana wkrótce pożegnamy, bo Dyrektor dostał białej gorączki dowiedziawszy się, że jego zaufany człowiek wstąpił do „Solidarności”.

         I rzeczywiście zostałem wezwany na dywanik do Dyrektora. Na pytanie dlaczego zapisałem się do „Solidarności” odpowiedziałem zgodnie z prawdą: Nasza Przewodnicząca jest tak piękną kobietą, że nie mogę jej niczego odmówić!

Dyrektor też był normalnym chłopem i żadne represje mnie nie spotkały. Co więcej, gdy zachorował upoważnił mnie do odebrania swojej wypłaty. Wywołało to zdziwienie i oburzenie moich koleżanek.

         Jako członek Organizacji brałem udział we wszystkich zebraniach. Pewnego dnia na zebranie przyszedł zaproszony Lektor, który zaczął nam opowiadać, jakie mamy zadania na wypadek okupacji terytorium Polski przez Wojska Radzieckie. Ja słuchałem z profesjonalnym można powiedzieć zainteresowaniem, ponieważ znałem temat od drugiej strony – w 1968 roku byłem jako okupant w Czechosłowacji, jednak po chwili odczułem jak na sali powiało strachem. Wszyscy obecni mieli co najmniej średnie wykształcenie, wśród nas nie było młodzieży, więc ludzie zdawali sobie sprawę z powagi sytuacji i entuzjazmu nikt nie demonstrował.

Wkrótce wprowadzono stan wojenny co zostało przyjęte w przedsiębiorstwie spokojnie.