Z LEKCJI WOJNY W CZECZENII



          
Na podstawie wielu artykułów prasowych, telewizyjnych audycji oraz filmów można wysnuć wniosek, że przygotowanie do walki wręcz jest jednym z podstawowych przedmiotów w szkoleniu pododdziałów specjalnych na całym świecie. Dalej logicznie myśląc nasuwa się stwierdzenie, że walki wręcz we współczesnych wojnach są często spotykanym zjawiskiem. W każdym razie, dokładnie tak sądzą młodzi zwolennicy sztuk walki, którzy na szczęście nie brali udziału w prawdziwej wojnie, ale oglądali mnóstwo filmów wojennych zachodniej, wschodniej i rosyjskiej produkcji. Większość z nich jest przekonana, że znają całą prawdę o wojnie.
           Zapoznajmy się teraz ze zdaniem człowieka, który poznał wojnę nie z telewizora czy kinowego ekranu, a w rzeczywistości. Aleksy Pietrenko (imię i nazwisko zmienione), jako porucznik rosyjskich wojsk powietrzno-desantowych walczył w Czeczenii przeciwko partyzantom Dudajewa przez kilka miesięcy. Znając Aleksego jako fanatyka sztuk walki, wypytywałem go, jakie zastosowanie znalazła wojskowa metoda walki wręcz podczas ostatniej wojn
y.
          
Systematycznie trenować Aleksy zaczął w czasie nauki w Riazańskiej Oficerskiej Szkole Wojsk Powietrzno-Desantowych, do której wstąpił zaraz po ukończeniu szkoły średniej. Warunki dla treningu miał tam wspaniałe - specjalnie urządzone sale treningowe, place ćwiczeń, niezbędne przybory, wykwalifikowani instruktorzy, podręczniki i filmy wideo, mnóstwo sparring partnerów. Lepsze warunki trudno sobie wyobrazić. Spadochroniarska odmiana walki wręcz w Riazaniu to połączenie uderzeń karate z rzutami i chwytami sambo. Do tego technika walki na broń białą (nożem, łopatką, karabinkiem z nasadzonym bagnetem), a także zasady rewidowania, wiązania i konwojowania jeńca.
Wytężony, systematyczny trening przyniósł rezultaty. Aleksy dwa razy brał udział w wojskowych zawodach walki wręcz i za każdym razem zdobywał medale. Oprócz tego w czasie nauki dwa razy musiał zastosować swoje umiejętności dla samoobrony na ulicy. W obydwu wypadkach bronił się gołymi rękami przeciwko uzbrojonym w noże napastnikom, ale to napadający będą g
o długo wspominać.
           Do czasu wyjazdu do Czeczenii Aleksy był święcie przekonany, że bez dobrego przygotowania do walki wręcz żołnierz na wojnie nie da sobie rady. Tym bardziej, że wykładowcy w szkole oficerskiej ciągle powoływali się na doświadczenia II Wojny Światowej oraz wojny w Afganistanie. Według nich, żołnierzom podczas tych wojen często przychodziło walczyć z wrogiem rękami, nogami, podręcznymi przedmiotami, bronią białą.
           Jednak w Czeczenii było inaczej. Już po pierwszym tygodniu zaciętych walk z partyzantami Dudajewa, Aleksy zrozumiał, że sztuka walki wręcz tutaj wcale mu się nie przyda. Kiedy obie wojujące strony są uzbrojone po zęby w najnowszą broń strzelecką, artyleryjską i rakietową, gdy z obydwu stron grasują snajperzy, wszystkie rozmowy o wa
lce wręcz są po prostu śmieszne. Oczywiście, teoretycznie możliwość takich pojedynków istnieje, ale tylko w teorii. Po pierwsze, jaki dureń podpuści Cię do siebie na odległość wyciągniętej ręki? Po drugie, trzeba być absolutnym idiotą, aby mając w rękach załadowany karabinek lub granatnik iść do walki wręcz.
           To tylko w reklamowych filmach spadochroniarz lub żołnierz oddziałów specjalnych, wskoczywszy do pomieszczenia przez okno, demonstracyjnie odrzuca swoją broń i zaczyna zwalać z nóg wszystkich "wrogów" naokoło potężnymi ciosami rąk i nóg. Jednak takie przedstawienia są tak dalekie od prawdy, jak Księżyc od Ziemi. "Czyszczenie" domów mieszkalnych z partyzantów w stolicy Czeczenii przebiegała według bardziej prozaicznej metody. Najpierw w okno lub otwór dr
zwi strzelano z granatnika (lub wrzucano do wewnątrz granat ręczny), potem wszystkie zakamarki obficie "polewano ołowiem" z AKMS-ów, i jeśli komuś wydawało się, że w pomieszczeniu coś się jeszcze rusza, całą procedurę powtarzano od początku.
           Ktoś może twierdzić, że bez walki wręcz (według niego) nie sposób się obejść wtedy, gdy skończy się amunicja i wróg to zrozumie. Oczywiście, na wojnie wszystko jest możliwe. Jednak należy zawsze uzupełniać jednostkę ognia we właściwym czasie, bo inaczej wróg zrobi z Cie
bie sito, sam pozostając poza zasięgiem Twoich rąk, nóg, a nawet rzutu nożem. Nie pomogą wtedy żadne tajemnicze metody "oszukańczych uników", balansowania ciałem. Aleksy uważa, że metody te (a istnieje wiele ich odmian) są mało przydatne. Rzecz w tym, że dla opanowania tej techniki należy długo trenować. Ale to tylko połowa problemu. Druga, przy czym gorsza, to ta, że do ciebie strzelają nie pojedynczymi wystrzałami z pistoletu, a walą seriami z karabinu maszynowego lub karabinka, przy czym wśród czeczeńskich partyzantów nie ma zezowatych. W tej sytuacji szansa ocalenia jest jednakowa dla tego, kto umie stosować uniki, jak i dla tego, kto nigdy o nich nie słyszał. Przecież nie na darmo we wszystkich cywilizowanych krajach zamiast uczyć uników, wyposaża się żołnierzy w lekkie, ale bardzo wytrzymałe kamizelki kuloodporne i hełmy. Dodajmy do tego buty wytrzymujące wybuch miny i umundurowanie z kuloodpornych materiałów typu kevlaru. Pozostaje tylko zazdrościć, ponieważ kamizelki kuloodporne rosyjskiej produkcji ważą tyle co zbroja średniowiecznego rycerza.
          

(Uwaga na marginesie - wielu ludzi mających blade pojęcie o działaniu broni palnej, usiłuje bezkrytycznie powielać metody skuteczne w minionych wiekach, stosowane przeciwko broni na proch czarny (dymny), gdy od naciśnięcia na spust do wystrzału upływało trochę czasu, np. w przypadku stosunkowo nowoczesnego pistoletu kapiszonowego (z którego miałem okazję strzelać) ok. 1 sekundy, co dawało szansę na wykonanie skutecznego uniku, lub nawet rozbrojenia strzelca. Dzisiejsza broń palna w większości wypadków nie daje szansy nawet arcymistrzowi sztuk walki. Przyp. tłum.)


          Wojna w Czeczenii wykazała, że znajomość walki wręcz zachowuje swoje znaczenie dla pododdziałów dywersyjno - rozpoznawczych. Ale i tam stosowana jest praktycznie bardzo rzadko, przy "chwytaniu języka". Przy prawidłowym planowaniu i właściwym wykonaniu akcji bojowej umiejętność walki wręcz nie jest potrzebna nawet pododdziałom specjalnym. To co wcześniej wykonywano rękami, dzisiaj robi się z pomocą cichostrzel
nej broni, nylonowej pętli, strzykawką ze środkiem usypiającym natychmiastowego działania.
          

Odpowiadając na pytanie, w jakich dziedzinach życia sztuki walki mogą nadal być przydatne, Aleksy wymienił produkcję filmów przygodowych, samoobronę spokojnych obywateli przed chuliganami i bandytami, a także specjalne pododdziały milicji i służb bezpieczeństwa. Jednak zaraz dodał, że skoro w miarę upływu czasu rośnie "siła ognia" tak grup przestępczych, jak i pojedynczych przestępców, znaczenie znajomości techniki walki wręcz w działaniach organów bezpieczeństwa publicznego będzie malało.
          

Pomimo powyższych rozważań, walka wręcz będzie w przyszłości nadal jednym z filarów wychowania fizycznego w armii rosyjskiej i armiach innych państw. I nie chodzi wcale o to, że istnieje teoretyczna możliwość zastosowania jej podczas wojny. Po prostu systematyczne, fachowo prowadzone zajęcia z walki wręcz, wyrabiają u ćwiczących takie cechy charakteru, które są na wojnie niezbędne. To jest siłę i wytrzymałość, gibkość i szybkość reakcji, odwagę i spryt. Także wysokie morale, pozwalające zachować zimną krew w warunkach śmiertelnego niebezpieczeństwa. Znajomość psychicznej podbudowy sportów walki pozwala powrócić do równowagi psychicznej po bitwie, bez tradycyjnych frontowych "stu gram" (faktycznie przekształcających się w litry), za pomocą metod psychotechnicznych, takich jak np. medytacje, mantry, modlitwy, autohipnoza. Oprócz tego zajęcia z walki wręcz pod kierunkiem wykwalifikowanego instruktora są przecież pasjonującym sposobem spędzania wolnego czasu. Na koniec chłopcom, którzy odbyli zasadniczą służbę wojskową w desancie, piechocie morskiej, wojskach obrony pogranicza byłoby wstyd nie umieć bronić się przed chuliganami po wyjściu do cywila.
          Co się tyczy zagadnienia, jaki styl sztuk walki powinien być nauczany w armii, to toczą się spory wśród wojskowych (i nie tylko) specjalistów. Od czasu do czasu odpryski tej dyskusji przebijają się na łamy prasy. Jest oczywiste, że "wziąć pod siebie" całość systemu nauczania walki wręcz w wojsku i co się z tym wiąże w organizacjach paramilitarnych chciałby każdy. Bo to i pieniądze i prestiż i wreszcie sposób na "pognębienie" konkurencji. Wybór stylów i kierunków jest dzisiaj bardzo duży. To praktyczne sambo, "K 0", UNIBOS Miedwiediewa, "rosyjski st
yl" A. Kadocznikowa, szkoła "Czoj" w interpretacji Smirnowa, szkoła "Zen" Kasjanowa i cały szereg innych, mniej popularnych. Jednak żadnemu z nich to się nie udaje.
          Aleksy uważa, że w niezawodowej rosyjskiej armii, nawet w elitarnych jednostkach, style sztuk walki o których była mowa nie mają racji bytu. Jest to spowodowane tym, że konserwatywny organizm armii nie toleruje żadnej sztuki, z ze sztuką walki włącznie. Są one po prostu tam nikomu teraz niepotrzebne, za wyjątkiem nielicznych entuzjastów.
          
Dzisiaj najbardziej możliwy do przyjęcia styl walki wręcz (nauczania sztuk walki) dla rosyjskiej armii powinien być prosty, przy czym skuteczny, a pozbawiony wszelkiej komplikacji. Z tego co jest, najbardziej "podchodzi" boks tajlandzki, z włączeniem uderzeń zabronionych w sporcie, jak szturchnięcia palcami w oczy i uderzenia stopą w pachwinę, a także najprostszych rzutów, bolesnych i duszących chwytów bojowego sambo. Twórcze podejście pozwala z pomocą niewielkiej ilości opanowanych uderzeń tajlandzkiego boksu oraz chwytów sambo, prowadzić walkę wręcz stojąc, siedząc, leżąc, z bronią (białą), a także przeciwko uzbrojonemu przeciwnikowi.
          Przeplatając szybkie walki treningowe, prowadzone metodą "full contact" (przy obowiązkowym stosowaniu ochraniaczy i ograniczeniu stref uderzeń) z powolnymi (bez ochraniaczy i zabronionych miejsc), można stosunkowo szybko (za 6 do 8 miesięcy) nauczyć młodego żołnierza walki wręcz, a nawet rozwinąć u niego najważniejsze cechy bojownika - umiejętność przyjęcia ciosu, wytrzymania bólu
, orientowania się w sytuacji podczas walki. Tylko prosty, nieskomplikowany, bez pretensji do najwyższej skuteczności styl walki wręcz, pozwalający na dużą improwizację i dowolność w czasie pojedynku najlepiej nadaje się dla armii rosyjskiej (a także wszystkich armii post radzieckich).
          
Opowiadając o wojnie w Czeczenii, Aleksy poruszył jeszcze jeden bolesny problem. Jak wiadomo, po wojnie w Wietnamie amerykańscy lekarze odkryli poważne naruszenia zdrowia psychicznego u olbrzymiej ilości walczących tam żołnierzy. Popularnie mówiąc wielu weteranów wojny zwariowało. Część z nich zostało nałogowymi alkoholikami, wielu doprowadziło się do śmierci narkotykami, inni popełnili samobójstwo. Byli i tacy, którzy zaczęli grabić, zabijać i gwałcić, znajdując w tym swojego rodzaju narkotyk. Amerykańska prasa nazwała to "wietnamskim syndromem". Po wojnie w Afganistanie o identycznych problemach pisała także rosyjska prasa. Jakie są przyczyny tego zjawiska i jak jemu zapobiegać?
           Aleksy uważa, że jedną z podstawowych cech psychiki zawodowego żołnierza, jest jego emocjonalna równowaga, zimna krew, swojego rodzaju brak wrażliwości. Nawiasem mówiąc zarówno w Wietnamie jak i w Afganistanie walczyli głównie młodzi żołnierze służby zasadniczej, w większości emocjonalnie jeszcze niedo
jrzali, co jest cechą młodzieży. Okrucieństwo wojny, nienawiść do wroga, chęć zemsty za poległych przyjaciół, często doprowadzała ich do odczuwania przyjemności po zabiciu wroga. I czym więcej zabijali, tym bardziej byli nienasyceni. Zabijanie przekształciło się w rodzaj narkotyku. W Czeczeni do tego narkotyku przywykło bardzo wielu. Następstwa nie każą długo na siebie czekać, pośród nich koszmarne sny po nocach to tylko te najłagodniejsze objawy.
          Uniknąć następstw takiego typu można tylko jedną metodą - wyłączyć uczucia, emocje. Oczywiście w pełni oswobodzić się od nich nie można, ale zmniejszenie ich negatywnego oddziaływania na psychikę do bezpiecznego minimum jest realne. Dobrą metodą są seanse medytacji, autohipnozy, modlitwy. A także, oczywiście treni
ngowe walki wręcz "full contact". W trakcie medytacji koniecznie trzeba sobie dogłębnie uświadomić, że zabijasz wroga nie dla swojej przyjemności, nie dla krwawej zemsty, a wypełniasz tylko obowiązek żołnierza, walcząc za swoją Ojczyznę. Nie wolno się litować nad wrogiem, ale sadyzm w stosunku do niego nigdy nikomu nie przyniósł pożytku. Optymalne uczucie w walce, to jednakowe traktowanie wroga i siebie. Litować się nad sobą nie wolno w żadnym wypadku, bowiem wywołuje to bojaźń o swoje życie. A strach krępuje działania żołnierza.
           Zasadniczy cel treningowych pojedynków "full contact" to nauczyć się "przełączać psychikę" w neutralne położenie, spokojnie znosić silny ból, nie obrażając się na przeciwnika. Przecież jeśli pozwoliłeś się boleśnie uderzyć - winien jesteś tylko Ty. Nie umiesz się bronić, unikać ciosów, schodzić z linii ataku przeciwnika. Wielu młodych nowicjuszy po bolesnym ciosie partnera traci równowagę psychiczną, wpada w histerię, myśli tylko o tym, aby się okrutnie zemścić. Są to charakterystyczne reakcje n
iedoświadczonego adepta sztuk walki, który do tego charakteryzuje się niskim stopniem kultury osobistej . Doświadczony zawodnik po otrzymaniu bolesnego ciosu, na odwrót, staje się bardziej uważnym, lepiej walczy. Dokładnie takich reakcji należy się nauczyć, aby i w prawdziwej walce uratować życie i wykonać swoje zadanie bojowe.

Siergiej Nowikow

tłum. Jan Cieciński

(KEMPO nr. 5/95)