HUMOR

                                                            

DONOS



         Uprzejmie donoszę do właściwych organów, że chociaż od niedawna mam do czynienia z Internetem, już wykryłem tam spisek. Chodzi o to, że autorzy stron internetowych skorumpowani przez... nie wiem dokładnie - cyklistów?, syjonistów? a może po prostu okulistów tworzą te strony w ten sposób, aby jak najbardziej pogorszyć wzrok internautom. Nie ulega wątpliwości, że częste oglądanie stron z tekstem szarego koloru na czarnym tle, wściekle żółtym też na czarnym tle, albo brązowym na nieco innym odcieniu brązowego koloru tle, lub też czerwone maleńkie i jeszcze do tego powykrzywiane literki na czarnym tle spowoduje pogorszenie wzroku. Ja na przykład gdy oglądam stronę na której cieniutkie, anemiczne literki niemal giną wśród "pięknych wzorków" tła, po kilku minutach odczuwam ból głowy.
Życzliwy
                                                                                                                        

Mokry skok



         Dawno, dawno temu, gdy byłem młodym porucznikiem... Służyłem wtedy w 18 bdsz w Bielsku Białej. Z początkiem czerwca 1970 roku wyjechaliśmy całym batalionem na poligon letni. Lubiłem bardzo skakać ze spadochronem i miałem ambicję "zaliczyć" jak najwięcej skoków, bo to i większy prestiż wśród kolegów, i zawsze parę złotych (prawdę mówiąc niewiele tego było, ale jak człowiek jest z Krakowa, to i małą sumą nie pogardzi).
         Porządnie bałem się tylko skoku z samolotu IŁ-14. W założeniu miał ten samolot w czasie zrzutu skoczków zmniejszać prędkość do 240 km/godz, ale pilot często wcale nie ujmował gazu, co było wyraźnie słychać po odgłosie warkotu silników. W momencie opuszczania samolotu wrażenie było takie, jakby wystrzelił granatnik przeciwpancerny tuż koło głowy. Spadochrony (SD-1M) były układane do skoku nocnego "na linę", najprostszą metodą (lina wyciągająca przywiązana była do wierzchołka czaszy za pomocą linki obrywnej) ze względów oszczędnościowych aby nie gubić pilocików z osłonami. Po wyskoczeniu z samolotu spadochron otwierał się praktycznie natychmiast. Szarpnięcie było tak silne, że najczęściej aż do samej ziemi "widziało się wszystkie gwiazdy", szczególnie gdy miało się na głowie ciężki stalowy hełm. Ja zawsze tak kombinowałem, aby ułożyć sobie spadochron "na pilocik", to znaczy na ułożoną czaszę naciągałem osłonę z pilocikiem, a po opuszczeniu samolotu lina wyciągająca otwierała tylko pokrowiec spadochronu. Następnie pilocik ściągał osłonę z czaszy, co opóźniało otwarcie spadochronu i nieco zmniejszało szarpnięcie. Jedynie jako oficer mogłem sobie na to pozwolić, ponieważ osłona czaszy wraz z pilocikiem odlatywała swobodnie i przepadała w ciemnościach nocy.
         Tylko raz przeżyłem wyjątkowo łagodne otwarcie spadochronu, ale niemniej bardzo stresujące. A było to tak ... Pewnego popołudnia po powrocie ze skoków za późno zorientowałem się, że jeszcze tego samego dnia mógłbym pojechać na nocne skoki z samolotu IŁ-14, bo koledzy zabrali już wszystkie nadające się do użytku spadochrony. Spadochrony pozostałe były mokre po skoku do wody. Ponieważ nikt mi nie patrzył na ręce, niewiele myśląc wziąłem mokry spadochron, starannie ułożyłem, wsadziłem w suchą osłonę z pilocikiem i zapiąłem pokrowiec. Po kilku godzinach jednak cały spadochron przesiąkł wilgocią, ale nocą była obfita rosa i moja kombinacja nie została ujawniona podczas kontroli przed wejściem do samolotu. Po wyskoczeniu z samolotu spadochron się nie otwierał mi się przez dłuższą chwilę. Porządnie przerażony złapałem obydwiema dłońmi za uchwyt spadochronu zapasowego i w chwili gdy już miałem ciągnąć, poczułem że siedzę w uprzęży! Czasza mojego spadochronu otworzyła się bardzo powoli, niemal bez szarpnięcia. Rozejrzałem się dokoła i zrezygnowałem z zapalania latarki, aby nie zwrócić na siebie uwagi, ponieważ znajdowałem się dużo niżej niż pozostali skoczkowie. Za chwilę już spokojnie wylądowałem na ziemi na własnych nogach i podczas zbierania czaszy spadochronu ze zdziwieniem stwierdziłem, że jest zupełnie sucha.

                                                                                                                        

SKOK BOJOWY



         Dawno, dawno temu, gdy byłem młodym porucznikiem...
Służyłem wtedy w 18 bdsz w Bielsku Białej. Po powrocie z kursu instruktorów sprzętu ciężkiego w Wyższej Szkole Oficerskiej Wojsk Powietrzno - Desantowych byłego Związku Radzieckiego w Riazaniu byłem często wyznaczany na funkcję komendanta zrzutowiska. Najmilej wspominam, gdy skakaliśmy na miejscu, wtedy nie przejmując się przepisami, wsiadałem ze spadochronem do pierwszego samolotu AN-2, aby pierwszym znaleźć się na ziemi i nadzorować dalej przebieg skoków. Razem ze mną wsiadał lekarz jednostki z ręką w gipsie na temblaku, który sam siebie dopuszczał do skoku. Był jeden a pełnił rolę lekarza na lotnisku, gdzie miał sprawdzić stan zdrowia żołnierzy przed skokiem, a równocześnie był lekarzem na zrzutowisku, więc nie mógł się rozdwoić. Oczywiście bladym świtem jechał na zrzutowisko mój zastępca, sierżant z kompanii zabezpieczenia zrzutowisk i lądowisk, który wypuszczał baloniki meteo, mierzył kierunek i siłę wiatru a wyniki meldował przez radiostację.
         Z tym to sierżantem zafundowałem moim kolegom ze sztabu i dowództwa batalionu "skok bojowy". A było to tak... Cały batalion miał wykonać skok nocny na Pustynię Błędowską, z samolotu AN 12. Jednostka pojechała na lotnisko pod Katowicami, a ja prosto na zrzutowisko, gdzie był poligon wojskowy, obejmujący niemal całą pustynię. Była tam strzelnica bez wałów, bowiem pociski padały na bezludny teren poligonu. Obszar przeznaczony na ćwiczenia i skoki spadochronowe był na przedłużeniu osi strzelnicy. Komendanta poligonu należało zawiadomić o mających się odbyć skokach. Jednak po drodze mój sierżant miał tyle nie cierpiących zwłoki spraw do załatwienia, że nie zdążyłem przed zmierzchem na miejsce. Gdy dojeżdżaliśmy, za radą sierżanta (mnóstwo razy byłem tu komendantem zrzutowiska a nigdy nie zawiadamiałem komendanta poligonu) pojechałem prosto na wyznaczone zrzutowisko, oraz nadałem przez radiostację meldunek o gotowości do przyjęcia zrzutu. Zmierzchało się szybko, było już ciemno gdy usłyszeliśmy samolot i pilot nawiązał z nami łączność. Powiedziałem, że może rzucać. Samolot przeleciał nad nami, rozwinęły się spadochrony pierwszej trzydziestki skoczków (sztab i dowództwo batalionu), gdy z przerażeniem zobaczyłem lecące pomiędzy czaszami spadochronów pociski smugowe i usłyszałem odgłosy serii ciężkich karabinów maszynowych. Zdrętwiałem ze strachu. Pierwsza moja myśl była następująca: mam sobie strzelić w łeb zaraz, czy trochę poczekać?
         Tymczasem samolot wykonywał krąg podchodząc do drugiego zrzutu. Z ziemi, z rejonu strzelnicy uniosły się w górę czerwone rakiety sygnałowe. Jednak pilot nie zwrócił na nie uwagi i zrzucił następną trzydziestkę skoczków. Mój zastępca skomentował to tak: dostał z ziemi polecenie "można rzucać", więc nie przejmuje się rakietami. Stojąc przy ognisku z drżeniem serca czekałem na meldunki o rannych i zabitych. Z ciemności wyszedł szef sztabu batalionu dźwigając swój spadochron i powiedział, że wszyscy wylądowali szczęśliwie. Wskazał mi miejsce, gdzie wylądował dowódca. Pobiegłem tam, by złożyć mu meldunek. Po wysłuchaniu mojego meldunku dowódca batalionu zapytał: czy są zabici i ranni? Odpowiedziałem, że według szefa sztabu nie ma. Usłyszałem wtedy "no to zaliczyliśmy skok bojowy, a ty się nie masz czym przejmować". Na odległość regulaminowych trzech kroków poczułem zapach alkoholu. Zrozumiałem, że przed skokiem była zakrapiana kolacja, i dlatego mało kto widział i słyszał przelatujące pociski. Przez kilka następnych godzin lądowali na ziemi następni żołnierze, wszyscy cali i zdrowi.
         Przyjechał z okropną awanturą komendant poligonu. Rano, aby uspokoić nerwy wziąłem gazik z kierowcą i pojechałem na pstrągi.

                                                                                                                        

Przyszła Baba do lekarza... Nie, nie przyszła Baba do lekarza, tylko do mnie (tylko dla dorosłych!)



                                                         Pojechała Baba na narty w góry a tu wioskę zasypało śniegiem jak to w Bieszczadach bywa i najbliższy lekarz pozostał za górami, lasami i zaspami śnieżnymi. Z konieczności przyszła więc Baba do mnie i mówi: już siódmy dzień nie mogę oddać stolca! (nie ma się z czego śmiać, to poważna dolegliwość).
         Przez dłuższą chwilę się zastanawiałem, co tu z Babą zrobić. Pierwsza narzucająca się możliwość - lewatywa - odpada, ponieważ nie mam przyrządu (hegar się nazywa jakby ktoś nie wiedział). Swojego nie chciałem użyć, bo Baba nie była w moim typie, oraz mogłaby mnie później oskarżyć o molestowanie seksualne. Wobec tego, zamiast zabawić się z Babą w doktora, trzeba było dać jej ziółka na przeczyszczenie. Po dokładnym przeszukaniu chałupy znalazłem różne ziółka zakurzone i przeterminowane, ale typowo przeczyszczających między nimi nie było.
         Nawiasem mówiąc ziółka przeczyszczające nie tracą swoich właściwości tak szybko. Przekonała się o tym moja żona, gdy wbrew moim ostrzeżeniom użyła podwójnej porcji ziółek niewątpliwie przeterminowanych, bo leżących w domu ponad trzy lata. Skutek był opłakany - "eksplodowała" górą i dołem!
          Szukając ratunku, wzrok mój padł na doniczkę z aloesem. Uciąłem największy liść aloesu (Aloe vera), umyłem, przeciąłem wzdłuż, łyżeczką wyskrobałem zawartość na talerz, dodałem mniej więcej równą ilość miodu i widelcem wymieszałem razem na jednolitą masę. Pod moim okiem Baba to wszystko zjadła i popiła naparem z ziółek, które w żadnym razie zaszkodzić jej nie powinny. Działo się to wieczorem. Na drugi dzień rano Baba przyleciała zadowolona i szczęśliwa, bo oddała stolec łagodnie.
          Niestety nie zapłaciła mi za usługę, pewnie była z Krakowa (jak powszechnie wiadomo, mieszkańcy Krakowa wywodzą się od tych Szkotów, którzy za wyjątkowe skąpstwo zostali wypędzeni z ojczyzny).

Wróć do Strony Głównej

Moja strona - dorobek autorski © 2002 Jan P. Cieciński