BYŁEM OKUPANTEM

 

Latem 1968 roku byłem podporucznikiem, dowódcą plutonu szturmowego w 18 batalionie 6 Pomorskiej Dywizji Powietrzno Desantowej. Od wiosny mieliśmy liczne zajęcia polityczne, zarówno z kadrą jak i z żołnierzami, na których tłumaczono nam, że nie mamy za co kochać Czechów. Czechosłowacja jest naszym najbardziej uciążliwym sąsiadem. Główną przyczyną tragicznego stanu naszych rzek jest to, że Czesi zrzucają do nich bez oczyszczania swoje ścieki przemysłowe. Nastroje wśród społeczeństwa czeskiego są antypolskie, o czym świadczy choćby fakt, że żaden autobus z polską wycieczką nie opuści terenu Czechosłowacji bez wydrapanego gwoździem napisu: "Polskie świnie". Fakty z historii Krakowa mówią, że nie jak głosi legenda Tatarzy, ale właśnie Czesi pod wodzą księcia Brzetysława najbardziej okrutnie złupili miasto i zamek królewski na Wawelu. Po zakończeniu I Wojny Światowej, przyznano Zaolzie Polsce. Wtedy silna armia czeska zdradziecko nas zaatakowała, zajęła Zaolzie i dopiero na linii naszej dzisiejszej granicy, za cenę kilku tysięcy poległych żołnierzy udało się zatrzymać czeskie natarcie. Teraz rząd czechosłowacki zlikwidował pola minowe i obiekty fortyfikacyjne na granicy z Niemcami, w sytuacji, gdy duże ćwiczenia wojsk NATO są organizowane w sąsiedztwie. Bardzo podejrzany jest fakt, że niemal wszyscy dowódcy zachodnich związków taktycznych wiosną przebywali właśnie w czeskich kurortach na leczeniu, najprawdopodobniej aby zapoznać się z terenem przyszłych działań wojennych.

W lipcu wcieliliśmy poborowych. W sierpniu batalion wraz z całą dywizją wyjechał na poligon w Drawsku. Na poligonie prowadziłem wraz z kolegą, dowódcą plutonu rzut granatem bojowym, zaczepnym RG-42. Rzucała cała kompania, więc aby się zbytnio nie zmęczyć, gdy żołnierz na linii ognia rzucał granatem na komendę, to w chwili upadku granatu na ziemię żołnierzowi podawaliśmy komendę "Padnij!", a my oczywiście staliśmy. Ja miałem nowiutki mundur polowy, pierwszy raz go rano ubrałem. Teoretycznie odłamki granatu zaczepnego rażą w promieniu 10 - 15 metrów. My staliśmy kilka metrów za żołnierzem, który rzucał minimum 30 metrów, więc staliśmy spokojnie. Okazało się w praktyce, że pojedyncze odłamki lecą znacznie dalej. Mój kolega paskudnie oberwał w łydkę (prawdopodobnie gwintem w który wkręca się zapalnik) i wylądował w szpitalu. Siedzący ok. 250 m dalej kierownik klubu miał rozcięty policzek. Ja znalazłem typowy, mały odłamek o wymiarach 2 na 2 mm w portmonetce, którą miałem w kieszeni spodni. Odłamek przebił mundur i skórzaną portmonetkę, a zatrzymał się dopiero na drobnej monecie. Po tym pechowym dniu zostało w naszej kompanii szturmowej tylko dwóch oficerów: ja, oraz pełniący obowiązki dowódcy kompanii, dowódca plutonu wsparcia. Nasz dowódca kompanii przed wyjazdem na poligon został skierowany do Rembertowa na Akademię Sztabu Generalnego. W piątek, gdy jechałem na nocne skoki, powiedział mi w przelocie kolega, że może poleci do Krakowa na 3 dni, więc przekaże mi kompanię. Rano już go nie zastałem, tylko pisarz przekazał mi klucze od żelaznej skrzynki z dokumentami. Byłem więc dowódcą kompanii, mając do pomocy tylko 3 podoficerów zawodowych - szefa oraz dwóch artylerzystów, dowódców sekcji w plutonie wsparcia. Od kilku dni latały nad nami samoloty transportowe, dowiedzieliśmy się o interwencji w Czechosłowacji. Nasza dywizja nie miała brać udziału z powodu dużej ilości młodych żołnierzy, przed przysięgą. W sobotę na odprawie dowódców pododdziałów dowódca batalionu powiedział, że niedziela jest dniem odpoczynku, możemy nawet żołnierzy puścić na przepustki. W niedzielę po obiedzie postanowiłem się zdrzemnąć. Z drzemki wyrwał mnie krzyk dowódcy batalionu. Gdy wyszedłem przed namiot, zobaczyłem pierwszy i jedyny raz, że nasz "stary", który się zwykle niczym nie przejmował - biegnie! Wtedy całkiem otrzeźwiałem, i też poderwałem się do biegu. Dostaliśmy zadanie sformować z najlepszych żołnierzy, wyborową kompanię, z najlepszą bronią i sprzętem, której dowódcą miał zostać jeden z oficerów sztabu. Gdy wzięliśmy się do pracy, dowódca batalionu wsiadł do swojej "Warszawy" i pojechał do sztabu Dywizji po rozkazy, na pełnym gazie, stawiając samochód na zakręcie na dwóch kołach. Jeszcze nie zdążyliśmy uporać się z tym zadaniem, gdy powrócił i wydał całkiem nowe rozkazy: cała jednostka jak najszybciej, zostawiając na miejscu sprzęt kwaterunkowy, ustawia się w kolumnę pojazdów, do wymarszu - cel - Międzylesie w Kotlinie Kłodzkiej. Żołnierze mają natychmiast otrzymać po jednostce ognia amunicji bojowej oraz granaty. Jeden magazynek w karabinkach ma pozostać pusty. Czasu było tak mało, że zdążyłem tylko polecić, aby jeden z podoficerów zawodowych pobrał amunicję strzelecką i rozdzielił na samochody kompanii, a drugi amunicję artyleryjską i granaty. Nie widziałem, czy to zrobili czy nie, w biegu pokwitowałem magazynierowi pobranie amunicji. Powiedziałem żołnierzom na samochodach, że w czasie jazdy mają otworzyć skrzynki z amunicją i naładować sobie magazynki. Pobiegliśmy na zbiórkę dysponentów, dowódca batalionu podał nam trasę jazdy i ruszyliśmy. Mieliśmy do przejechania niemal całą Polskę z północy na południe. Kolumna naszych samochodów jechała szybko, w miastach przez które przejeżdżaliśmy, milicja zapewniała regulację ruchu. Obyło się prawie bez wypadków, przewrócił się tylko na zakręcie jeden z "GAZ-ów" ciągnący moździerz. Przybyliśmy na wyznaczone miejsce w lesie w pobliżu granicy, jako pierwsi z całej Dywizji. Ponieważ żołnierze przed przysięgą nie mogli przekroczyć granicy, złożyli przysięgę w lesie, w warunkach niemal wojennych, uzbrojeni w granaty oraz amunicję bojową. Gromadka gapiów z pobliskiej wioski płakała.

Batalion podzielono na grupy specjalne w składzie: Dowódca - oficer sztabu, pluton szturmowy, pluton dział ASU-85, pluton armat przeciwlotniczych 23 mm, oraz wóz propagandowy "NYSA" (popularnie zwany "panikara") a także kuchnia polowa i kilku specjalistów (saper, łącznościowiec, chemik). Dowódcą naszej grupy został Szef Łączności jednostki i jednocześnie garnizonu. Zadaniem naszym było pilnowanie czeskiego batalionu chemicznego w miasteczku Czerwona Woda, zaledwie 10 km od przejścia granicznego Boboszów.

Jadąc jako pierwszy w kolumnie pojazdów naszej grupy zaraz za miastem wiedziony intuicją skręciłem w boczną drogę, która okazała się wjazdem na strzelnicę czeskiego batalionu. Po sprawdzeniu terenu, stało się jasne, że lepszego miejsca nie można sobie było wymarzyć. Byliśmy na terenie wojskowym, porządnie urządzonej strzelnicy, z budynkiem gospodarczym. Tuż obok płynął czysty strumyk, zarybiony pstrągami, wypływający z pobliskiego lasu, w którym były grzyby.

Nasz dowódca grupy nie cierpiał zupy pomidorowej, więc jego pierwszą samodzielną decyzją, której wykonania pilnował osobiście, było zniszczenie zapasów przecieru pomidorowego. Żołnierze dostali zadanie nazbierać grzybów i zamiast zupy pomidorowej jedliśmy grzybową.

Po obiedzie zza lasu wyleciał śmigłowiec z czerwoną gwiazdą. Dowódca plutonu przeciwlotniczego postanowił wykorzystać okazję do treningu i podał komendę "Do boju!". Gdy lufy dział skierowały się w stronę śmigłowca, ten szybko zmienił kurs i zniknął za lasem. Pilot musiał zdawać sobie sprawę, że mamy amunicję bojową. Po kilku minutach przez radiostację poleciały straszne "joby" i surowo zabroniono tego typu treningów.

Codziennie po obiedzie było czyszczenie broni. Drugiego lub trzeciego dnia pobytu w Czechosłowacji gdy mój pluton czyścił broń, a ja stałem obok i planowałem się zdrzemnąć, jeden z żołnierzy puścił serię z karabinka Kałasznikowa w kierunku swoich kolegów. Rzuciłem się do niego, odebrałem broń, zabezpieczyłem. Gdy rozejrzałem się wokoło, zobaczyłem, że moi kaprale dali nura do namiotu. Zapytałem się kto jest ranny, nikt się nie przyznał. Ponieważ nie mogłem w to uwierzyć i sądziłem, że będąc w stanie szoku nie czują bólu, kilka razy podałem komendy: "Padnij!", "Powstań!". Następnie zrobiłem zbiórkę i dokładnie obejrzałem każdego żołnierza. O dziwo żaden nie był ranny.

Jakież było moje zaskoczenie po powrocie do kraju, gdy przekazywałem kompanię. Oficer przyjmujący - będąc wyjątkowo skrupulatny liczył każdą sztukę amunicji - a tu ani jednego naboju nie brakowało. Ale ponieważ liczył dokładnie, doliczył się, że brakuje 2 granatów obronnych F-1. Przyszedł do mnie i mówi - będziesz siedział, brakuje ci 2 granatów! Odpaliłem mu, że nie mogę usnąć bez granatów pod poduszką, ale skoro są mu do szczęścia potrzebne, to z żalem je oddam. A prawdę mówiąc, granaty te wypożyczyłem (bez pokwitowania) koledze, który po prostu bał się samotnie jeździć po Czechosłowacji bez granatów, uzbrojony tylko w pistolet.

Pewnej nocy do naszych dwóch wartowników na posterunku przyszli Czesi z wódką, z wesela, które odbywało się niedaleko. Rano okazało się, że z posterunku zniknął telefon. Była to jedyna strata, której doznaliśmy podczas 2 tygodni mojego pobytu za granicą i oczywiście całkowicie utajniona (przede wszystkim przed dowództwem!).

Nasza armia była do tej operacji zupełnie nieprzygotowana. Polski Sztab Generalny nie miał map topograficznych Czechosłowacji, w skalach potrzebnych na szczeblu taktycznym, czyli w oddziałach i pododdziałach. Dostaliśmy tylko mapy lotnicze, które były dla nas mało przydatne. Amunicja strzelecka, jak wiadomo, jest pakowana fabrycznie w blaszane, lutowane pudełka. Ponieważ było bardzo mało specjalnych otwieraczy, te pudełka żołnierze musieli otwierać nożami szturmowymi, co było trudne, męczące i zabierało dużo czasu. Nasza dywizja pojechała tam z żołnierzami będącymi w okresie szkolenia unitarnego, przed przysięgą, co było (i jest!) niezgodne z wszelkimi zasadami. Żołnierz w czasie trwania zasadniczej służby wojskowej, nie jest pełnowartościowym żołnierzem, ponieważ nie przeszedł pełnego cyklu szkolenia, o czym przekonali się boleśnie Rosjanie w Czeczenii. Dywizje radzieckie w 68 roku okupujące Czechosłowację miały ludzi powołanych z rezerwy, po odbyciu służby wojskowej.