PUSTYNNA BURZA PO RADZIECKU



          
W ubiegłym roku przedstawiciel Ministerstwa Obrony Rosji w wywiadzie dla moskiewskiej gazety "Izwiestja", oficjalnie potwierdził, że radzieckie pododdziały specjalnego przeznaczenia (Specnaz i Osnaz GRU, specgrupy Pierwszego Głównego Zarządu KGB) brały udział w działaniach wojennych w 19 krajach świata!
          Wśród tych krajów są: Angola i Nikaragua, Egipt i Wietnam, Afganistan i Etiopia, Indie i Mozambik, Syria i Laos, Jemen i Nigeria... W jednej tylko Angoli przez 15 lat (1975-90) zginęło około 3 tysiące radzieckich żołnierzy, chorążych i oficerów.
          Nawet dziś o przeważającej części operacji radzieckich sił specjalnych Zachód nie wie nic, lub niewiele, gdyż wszystkie te działania podszywały się pod akcje wojskowych lub partyzanckich formacji tych rządów, które popierał Związek Radziecki.
          Nawiasem mówiąc, liczne operacje były nadzwyczaj udane, i zasługują one, by mogli o nich usłyszeć wszyscy zainteresowani formacjami elitarnymi, np. rajd na tajną bazę CIA w Kambodży w lipcu 1968 roku, gdy grupa Osnazu GRU w sile 9 ludzi zniszczyła 12 lub 13 amerykańskich śmigłowców, a jeden z najnowszym wtedy wyposażeniem i uzbrojeniem uprowadziła do Wietna
mu.
          
Równie interesujące są operacje, które zostały przygotowane, ale z politycznych i strategicznych przyczyn ich nie wykonano. O jednej z nich chciałbym opowiedzieć.

* * *

          
Wiosną 1975 r. autor tych słów, wówczas porucznik rezerwy, został powołany na tzw. przygotowania. Oznacza to, że nocą pod mój dom podjechał wojskowy samochód, rozległ się dzwonek i wręczono mi wezwanie do odbycia 6-cio miesięcznych ćwiczeń. Zostałem odtransportowany na wojskowe lotnisko pod Mińskiem. Następnego dnia już znajdowałem się w tajnym ośrodku szkoleniowym Osnazu GRU (rozpoznanie techniczne), w Turkmenii, na pustyni Kara-Kum.
          Tu tytułem dygresji krótki wykład z historii. Jak wiadomo, jesienią 1973 roku na Bliskim Wschodzie rozegrała się kolejna wojna między Izraelem a jego arabskimi sąsiadami. Egipt, Syria i Jordania postanowiły wziąć rewanż za klęskę w Wojnie Sześciodniowej 1967 roku. Jednak po początkowych sukcesach, działania wojenne zakończyły się dla Arabów całkowitą porażką. W tej sytuacji w dowództwie radzieckich sił zbrojn
ych narodził się plan przeprowadzenia ataku na izraelskie centrum jądrowe na pustyni Negew, znanego od nazwy osiedla jako Dimona.
          W czasie instruktażu na azjatyckiej pustyni wyjaśniono nam, że po klęsce arabskich sojuszników, oczywiste stało się potencjalne zagrożenie ze strony Izraela dla radzieckich baz wojskowych w Jemenie Południowym, Syrii, Egipcie, Somalii. Przecież w razie wojny między NATO a państwami Układu Warszawskiego, operacje zdobycia (lub zniszczenia) tych baz nie będzie przeprowadzać armia
USA (nie zdąży przebazować koniecznych sił), a ich główny sojusznik w tej części świata - Izrael. Prawdę mówiąc, żadna z arabskich armii nie jest w stanie zatrzymać Izraelitów, co stało się jasne po kampaniach 1967 i 1973 r. W przypadku III wojny światowej armia izraelska w krótkim czasie opanuje wszystkie ważne dla nas punkty Bliskiego Wschodu.
           Ale to jeszcze nie wszystko. Izrael z wściekłością odrzuca podejrzenia o posiadanie broni jądrowej. Jednak według danych naszego wywiadu, Żydzi już mają na uzbrojeniu 50 do 60 bomb atomowych! Produkcja plutonu dla broni jądrowej jest prowadzona w podziemnej fabryce w Dimonie, gdzie pracuje ok. 600 gazowych wirówek. Awaria w tej fabryce, łącząca się z silnym radioaktywnym skażeniem podziemnych instalacji, spowoduje sk
ażenie radionuklidami znacznego obszaru na powierzchni ziemi.
Taka awaria byłaby bardzo pożądana, gdyż spełni kilka zadań jednocześnie. Po pierwsze, Izrael pozbędzie się swojego jądrowego potencjału. Po drugie, chmura radioaktywna pokryje cały kraj i Żydzi nie będą mogli nawet myśleć o wojnie. Po trzecie, świat nareszcie dowie się, że syjoniści potajemnie wykuwają straszliwą broń w podziemnych laboratoriach po to, żeby dyktować swoją wolę nie tylko Arabom, ale i wielu innym narodom. Krótko mówiąc, postępują
w zgodzie z "Protokołami mędrców Syjonu".- "Żydów, towarzysze" - powiedział nam pułkownik GRU - "nie ma co żałować, oni zasłużyli na karę swoją agresywną polityką. A co się tyczy Arabów... Awarię można i trzeba zwalić na Izraelitów! Arabowie zaczną ich wówczas jeszcze bardziej nienawidzić".
           Tak właśnie przedstawiał się strategiczny cel operacji. Później zaprezentowano nam 3 warianty taktycznej realizacji celu, którym było spowodowanie olbrzymiej awarii w Dimonie.
          Pierwszy wariant: zbombardowanie bombą atomową. Został on odrzucony, ponieważ skutków wybuchu nie można było przewidzieć; mogło przecież nastąpić radioaktywne skażenie radzieckiej Azji Środkowej i Zakaukazia.
           Drugi wariant: przeniknięcie na teren obiektu grup dywersyjnych (prawdopodobnie byliby to palestyńscy partyzanci). Został odrzucony jako mało realny. Centrum w Dimonie jest starannie chronione, najbardziej cenne obiekty - reaktory jądrowe i gazowe wirówki - znajdują się pod ziemią na głębokości do 200 metrów. By wykonać atak, trzeba dużej lic
zby ludzi, zatem nieuniknione są duże straty; nie działa również czynnik zaskoczenia.
          Ostatecznie pozostał wariant trzeci: Dimona ma zostać zaatakowana ze stratosfery, rakietami powietrze - ziemia, wyposażonymi w zwykłe (nie jądrowe) głowice bojowe, ze str
ategicznych samolotów nosicieli rakiet.
Rakiety ze wzmocnionymi głowicami bojowymi, wbiją się głęboko w ziemię, po okręgu, wokół podziemnych instalacji i wybuchną tam na różnej głębokości, w odstępach czasu liczonych w ułamkach sekund. W rezultacie w ciągu około 10-20 sekund nastąpi kilkadziesiąt eksplozji ogromnej mocy, a w ziemi powstaną ruchy sejsmiczne, coś w rodzaju silnego trzęsienia ziemi na ograniczonej przestrzeni, co z kolei spowoduje to zawały podziemnych instalacji, przerwie rury i kable, zwali z fundamentów wirówki. I co najważniejsze, radioaktywne skażenie podziemnej fabryki gwarantowane! Poziom skażenia będzie taki, że przez najbliższe 100 lat ani jeden człowiek nie zejdzie tutaj pod ziemię.
           Aby atak rakietowy był możliwie dokładny, grupy Osnazu musiały koniecznie ustawić radiolatarnie naprowadzenia rakiet na cel. Mnie wyznaczono na dowódcę jednej z tych grup. Operacja miała mieć następujący przebieg:
          W dzień "X", na neutralnych wodach mórz Śródziemnego i Czerwonego do granic morskich Izraela podejdą okręty radzieckiej floty wojennej. Na okrętach rozpoczną się ćwiczenia obrony przeciwlotniczej. W tym czasie okrętowe środki obrony radioelektronicznej w pełni zakłócą na kilku odcinkach izraelskie radary, co sprawi, że nasze grupy będą mogły prz
eniknąć na pustynię Negew na śmigłowcach. A niedługo przed zakłóceniem radarów (2 do 3 godzin wcześniej), silny atak z terytorium Syrii oraz Libanu przeprowadzą liczne oddziały OWP (Organizacji Wyzwolenia Palestyny). Celem tego ataku będzie wywołanie walki na terytorium Izraela i zwrócenie na siebie głównej uwagi dowództwa Kahału - armii obrony Izraela.
          Gdy w systemie izraelskiej obrony powietrznej powstaną "dziury", a oddziały wojskowe będą zajęte likwidowaniem palestyńskich partyzantów, z pokładu jednego z naukowo-badawczych statków Akademii Nauk ZSRR na Morzu Czerwonym, wystartują trzy śmigłowce produkcji francuskiej "Aluette" z grupami dywersyjnymi na pokładzie. Do czasu akcji śmigłowce będą znajdowały się w kadłubie statku i dopiero kilka minut przed s
tartem, zaczną je podnosić na górny pokład specjalną windą.
           Zadanie: lotem koszącym (nie wyżej niż 25-30 metrów nad powierzchnią wody, a następnie ziemi), przekroczyć izraelską granicę w strefie rozmieszczenia zagłuszonych radarów. Powierzchnia Izraela jest niewielka, dlatego przelot od statku do miejsca lądowania zajmie nie więcej jak 60-90 minut. Grupy na motocyklach powinny wykonać skok z trzech stron o 30-40 kilometrów do przodu, i z różnych stron Dimony ustawić w piasku radiolatarnie. Następnie na mot
ocyklach powrócić do śmigłowców, wsiąść i wrócić na statek. Na całość operacji przewidziano nie więcej jak 3-4 godziny. Po sygnale radiowym zaraz po powrocie do śmigłowców wszystkich trzech grup, powinna nastąpić komenda do rozpoczęcia odpalania rakiet z samolotów.
Radiolatarnie były plastykowymi cylindrami, o wadze ok. 2 kg każdy, długości ok. 60 cm. Należało je zakopać w piasku tak, aby wierzchołek anteny sterczał tylko na kilka centymetrów Radiolatarnie nie miały żadnych znaków rozpoznawczych, żadnego fabrycznego oznakowania i przy próbie wyciągnięcia następowała samolikwidacja; likwidacja następowała również po przepracowaniu doby. Wokół Dimony trzeba było ustawić je w określonych punktach, wskazanych na mapie. Najbliższy z nich był oddalony od podziemnej fabryki na około 5 km, a najdalszy - 20.
           Ataku rakietowego nie można było, oczywiście ukryć. Ale także nie udało by się udowodnić, że rakiety zostały odpalone z radzieckich samolotów, a nie z terytorium Iraku lub Syrii. Odpalenia następowałyby w bardzo krótkich odstępach czasu, zgodnie z wcześniej wyliczonym grafikiem.
           W przygotowaniu grup dywersantów nie było niczego szczególnego, gdyż - przy swym rozmachu - operacja ta od strony czysto technicznej, nie była skomplikowana. Pojeździć w nocy przez pustynię na motocyklach, i wykopać w piasku kilka jamek - cóż w tym wielkiego? Dlatego w naszym treningu główną uwagę skupiono na trzech aspektach: przywyknąć do warunków klimatycznych pustyni (wiosną w pustyni Kara-Kum temperatura w cieniu wynosi 30-35 stopni, la
tem osiąga 45-50 stopni!); wyrobić wytrzymałość (marszobiegi po piasku na odległość do 30 kilometrów, nocą, w pełnym oporządzeniu); nauczyć się dobrze jeździć na japońskich motocyklach, ze specjalnymi, "pustynnymi" oponami.
           Trenując, strzelaliśmy z rozmaitych rodzajów broni, znajdującej się wtedy na uzbrojeniu armii izraelskiej, ćwiczyliśmy wykonywanie przejść w polach minowych oraz pokonywanie rubieży elektronicznej sygnalizacji, uczyliśmy się udzielania pierwszej pomocy przy udarze cieplnym, ukąszeniach j
adowitych zwierząt, ranach postrzałowych...
           W każdej grupie było po 4 ludzi (na 2 motocyklach). Umundurowanie - izraelskie. Uzbrojenie: pistolety Beretta 951, pistolety maszynowe Uzi, po jednym granatniku Karl Gustaw M2-550, granaty ręczne produkcji amerykańskiej. Broni można było użyć tylko w ostateczności. Zewnętrznie nasze trzy grupy powinny wyglądać jak zwykłe izraelskie patrole, z tą różnicą, że oni jeździli zwykle jeepami a nie na motocyklach. Operacja miała być przeprowadzona w nocy - nocą na pustyn
i nie jest tak gorąco jak w dzień i noc zwiększa szanse aby pozostać nie zauważonym. Zresztą ponieważ marszruta każdej grupy była opracowana z uwzględnieniem danych rozpoznania lotniczego i kosmicznego, prawdopodobieństwo spotkania z izraelskimi patrolami było minimalne. Silniki motocykli pracowały prawie bezgłośnie, mieliśmy przyrządy do obserwacji w ciemności, umieliśmy się dobrze maskować...
           Akcja była przygotowywana przez 3 miesiące. W tym czasie na placu ćwiczeń w Pustyni Kara-Kum imitującym obszar wokół Dimony, wykonaliśmy ją od początku do końca 5 razy: wysiadaliśmy ze śmigłowców, jechaliśmy na motocyklach, stawialiśmy radiolatarnie, wracaliśmy z powrotem. Najbardziej skomplikowanym zadaniem okazała się orientacja w morzu pustynnych piasków, ale pokon
ać tą trudność pomagały "nawigacyjne planszetki" - unikalne przyrządy znajdujące się na każdym motocyklu i pokazujące właściwy kierunek (na Zachodzie w 1975 roku takich przyrządów jeszcze nie było).
           Ćwiczyliśmy także szybko przebiegający "kontakt ogniowy" z Izraelitami. Najważniejsze było to, by zdołać niepostrzeżenie ustawić radiolatarnie i oddalić się od nich choćby na kilka kilometrów, a jednocześnie posłać meldunek na statek bazę. Później czas liczył się już nie w godzinach, ale w minutach, i nie miało
większego znaczenia, czy Żydzi nas dopadną czy nie. Nikt jednak nie rozpatrywał dostania się do niewoli. Każdy członek grupy miał strzykawkę z błyskawicznie działającą trucizną. Jedno ukłucie poprzez mundur... i po 5 sekundach jesteś trupem. Jeśli nie możesz ukłuć się sam (np. z powodu zranienia), zrobi to twój towarzysz. Dokumentów nie mieliśmy żadnych, więc niemożliwe było ustalenie jakiej narodowości są trupy, ubrane w izraelskie mundury i uzbrojone w izraelską broń.
           Według oceny dowództwa GRU, prawdopod
obieństwo sukcesu operacji wynosiło około 98%. A jednak jej nie przeprowadzono. Trudno powiedzieć dlaczego. Być może dlatego, że w odwiecznej wojnie "jastrzębi" z "gołębiami" w kremlowskich korytarzach władzy "gołębie" zwyciężyły: udowodniły omszałym starcom z breżniewskiego politbiura, że strategiczne straty po realizacji danej akcji okazały by się większe, niż taktyczny sukces. Chociaż skąd ja mam to wiedzieć? Tak mówiono...

Anatol Taras

tłum. Jan Cieciński